Autor:  2019-08-30

Włoska pizza, wino i Matterhorn

(0 głosów)

Alpy Pennińskie, Dolina Aosty, 26.07 - 04.08.2019

Wstęp

Odkąd góry zagościły na dobre w moim życiu, Matterhorn pojawiał się regularnie i przyciągał moją uwagę. Góra na którą wiedzie kilka dróg, legendarna północna ściana itd.. Góra, która po pierwszym jej zdobyciu w 1865 roku, kazała sobie zapłacić życiem czterem spośród siedmiu śmiałków schodzących po zdobyciu szczytu na dół granią Hörnli. W 1959 roku pierwsze zimowe przejście ściany wschodniej przypadło w udziale Polakom: Stanisław Biel i Jan Mostowski przebyli ją w półtora dnia. Przyglądałem się wydarzeniu w 2009 roku, kiedy Ueli Steck ustanowił rekord i wszedł klasyczną drogą braci Schmid na północnej ścianie w czasie 1 godziny i 56 minut. Kilka lat później w 2015 roku rekord bije o 10 minut Dani Arnold…

Góra ta przez wiele lat wydawała mi się poza moim zasięgiem. Teraz, dzięki Piotrowi, Przemkowi i Grześkowi, którzy zapraszają żebym do nich dołączył, zaczynam myśleć, że to realny cel. Co więcej, jestem spokojny, że właśnie w takim składzie, góra nas zaakceptuje :-)

To chyba dobre wino i pizza spowodowały, że wybraliśmy stronę Włoską i grań Lwa, a nie Szwajcarską grań Hörnli ;-)

Zatrzymaliśmy się w miasteczku Breuil-Cervinia po południu w sobotę, spojrzeliśmy w stronę naszego celu… góra schowała wierzchołek w chmurach. Patrzyłem na nią przez chwilę, próbowałem odnaleźć drogę którą przyjdzie nam się wspinać, na wysokich zboczach doliny Schronisko Abruzzi, a wyżej już na grani prostokątny kształt schroniska Rifugio Carrel.

Widok z miejscowości Cervinia na Matterhorn (fot. Piotr Chrzanowski)

Widok z miejscowości Cervinia na Matterhorn (fot. Piotr Chrzanowski)

Dolina

Niesprzyjająca pogoda w pierwszych dniach skierowała nas na krótką, kilkugodzinną trasę. Startujemy z naszego campingu “Camping Glair” w miejscowości Valtournenche w kierunku jeziora “Lago di Cignana”. Malowniczy szlak i kilkanaście kilometrów zajęły nam około 4 godzin. Zdążyliśmy w tym czasie trochę spróbować baldów. Natknęliśmy się na drapieżną włoso-skórożerną skałę, która zaatakowała Przemka. Poznaliśmy magiczne właściwości Wierzbówki Kiprzycy dzięki Piotrowi M. który jest jej znawcą. Zasłużenie zakończyliśmy marsz w restauracji Big Ben gdzie polskojęzyczny kelner serwuje najlepszą pizzę, codziennie coraz większą!

Na ścieżce do Refuge Barmasse (fot. Piotr Chrzanowski)

Na ścieżce do Refuge Barmasse (fot. Piotr Chrzanowski)

Legendarna włoso-skórożerna skała zaatakowała Przemka (fot. Piotr Chrzanowski)

Legendarna włoso-skórożerna skała zaatakowała Przemka (fot. Piotr Chrzanowski)

Męskie spacery ;-) (fot. Przemysław Szutowski)

Męskie spacery ;-) (fot. Przemysław Szutowski)

Aklimatyzacja

Pogoda na wejście na Matterhorn ma być dopiero w środę i czwartek więc decydujemy się na wejście aklimatyzacyjne na Breithorn (4164 m n.p.m.). Korzystając z wagonika dostajemy się na Testa Grigia (3480 m n.p.m.) a później przez lodowiec, związani liną zaczynamy iść w górę. Pogoda jest dobra, widoki piękne, co pewien czas pokonujemy szczelinę i zatrzymujemy się na odsapnięcie. Tak, głowa zaczyna lekko pobolewać, odpoczywać też trzeba jakby częściej. Wejście postanowiliśmy rozpocząć w południe. Jest późno, ale nie planujemy zjeżdżać ostatnią kolejką o 16 więc nie musimy się spieszyć. Szczytowa grań Breithorna jest miejscami mocno eksponowana i robi na nas wrażenie. Stajemy na szczycie, pogoda sprzyja widokom. Schodzimy ze szczytu do miasteczka na około 2000 m n.p.m co zajmuje nam trochę czasu. U Big Bena lądujemy koło 20, w sam raz na kolację. Pizza jakby urosła od wczoraj :-)

Lodowiec w okolicy Breithornpass (fot. Piotr Chrzanowski)

Lodowiec w okolicy Breithornpass (fot. Piotr Chrzanowski)

Na grani tuż przed wierzchołkiem Breithorna (fot. Grzegorz Jurzysta)

Na grani tuż przed wierzchołkiem Breithorna (fot. Grzegorz Jurzysta)

Breithorn 4164 m n.p.m. (fot. Przemysław Szutowski)

Breithorn 4164 m n.p.m. (fot. Przemysław Szutowski)

Na szczycie Breithorn całą ekipą (fot. Przemysław Szutowski)

Na szczycie Breithorn całą ekipą (fot. Przemysław Szutowski)

Widok na Eastern Breithorn (fot. Piotr Chrzanowski)

Widok na Eastern Breithorn (fot. Piotr Chrzanowski)

 Przygotowanie

Mówią, że w negocjacjach, w górach i w miłości, wygrywają nie ci co “powinni”, tylko ci co są lepiej przygotowani. W myśl tej zasady zaczęliśmy utrwalać sobie techniki linowe, ćwiczyć flaszencuga itd. Wszyscy zgadzamy się, że najważniejsze jest, aby w sytuacji kryzysowej kierować się zasadą Don’t Panic! Dzielimy się na dwa zespoły. Pierwszy Przemek i Piotr M., drugi Grzesiek i Piotr Ch. Kompletujemy sprzęt dla każdego zespołu i pakujemy plecaki. Pozostaje jeszcze przygotować zapas jedzenia na dwie doby, duuuużo bułek, sprawdzić jeszcze raz listę rzeczy do zabrania i można zasiąść do dobrego włoskiego wina, mamy białe i czerwone, dla każdego coś dobrego! Zabranie na głowę 5 litrów wody jest czymś, co nas mocno wkurza. Niestety jest ryzyko, że w schronisku Carrel nie będzie wody więc nie mamy wyjścia. Przegadujemy też kilka wariantów wejścia na Matterhorn i zejścia z niego - wariantów czasowych, dwu lub trzydniowych, zależnie od pogody i samopoczucia. Najbardziej prawdopodobny wydaje nam się plan dwudniowy… jednak nasze plany życie później brutalnie zweryfikuje...

 Przygotowanie sprzętu i ćwiczenia autoratownictwa :-) (fot. Grzegorz Jurzysta)

Przygotowanie sprzętu i ćwiczenia autoratownictwa :-) (fot. Grzegorz Jurzysta)

Ciekawska lokalna fauna atakuje! (fot. Grzegorz Jurzysta)

Ciekawska lokalna fauna atakuje! (fot. Grzegorz Jurzysta)

Szykujemy kanapki na podejście i atak! (fot. Piotr Chrzanowski)

Szykujemy kanapki na podejście i atak! (fot. Piotr Chrzanowski)

Breuil-Cervinia -> Rifugio Carrel

31 lipca, (środa) wychodzimy z miasteczka i zmierzamy do schroniska Carrel (na 3830 m n.p.m.). Tam mamy zarezerwowany nocleg (od tego roku noclegi trzeba tam rezerwować kilka dni wcześniej!). Prawie 2km przewyższenia na podejściu daje nam popalić, zwłaszcza, że momentami ścieżka jest, jak na nasze standardy, mocno eksponowana. Po drodze spotykamy wiele schodzących osób, z których tylko niektórzy zdobyli szczyt. Mimo to staramy się nie przejmować i zachowujemy spokój. Zwłaszcza wtedy, kiedy mijamy parę brytyjczyków, z których dziewczyna ma na przedramieniu wytatuowano dużą czcionką “Don’t Panic”. Śmiejemy się wspólnie że to nasze motto życiowe, a ja zaczynam poważnie myśleć o tatuażu ;-). Przekraczamy jeden ze śnieżnych żlebów, po chwili słyszymy jak sypią się kamienie i wypadają właśnie na ten śnieżny żleb. Trawers przed przełęczą Lwa jest dość stromy, a późniejszy kawałek grani do schroniska uzbrojony w poręczowanie grubaśnymi linami. Zwłaszcza jeden kawałek pionowej kilkunastometrowe ściany uzbrojony w taką linę mocno nas męczy. Mamy przedsmak tego co czeka nas wyżej. Docieramy do schroniska po 7 godzinach. Widok jest niesamowity. Carrel jest zakotwiczony w skale na grani stalowymi linami. Stojąc na otaczającym schronisko tarasie, mamy widok na dolinę, ostrą grań w obie strony, z tym że do góry za dużo nie widać. Schronisko jest w większości drewniane i poza małym pokojem opiekuna schroniska, mamy niedużą kuchnię i pokój z łóżkami (3 poziomami, gdyż łóżka są też na strychu). Woda, jak się okazało, jest. Trzeba przynieść śniegu i stopić sobie w dużym garze. Jemy, rozmawiamy z kolegami Polakami z Tarnowskich Gór i szykujemy się do spania. W schronisku jest dużo kocy więc jest ciepło.

Na ścieżce do schroniska Abruzzi (Rifugio Orionde) (fot. Przemysław Szutowski)

Na ścieżce do schroniska Abruzzi (Rifugio Orionde) (fot. Przemysław Szutowski)

Grzesiek trawersuje eksponowany żleb (fot. Przemysław Szutowski)

Grzesiek trawersuje eksponowany żleb (fot. Przemysław Szutowski)

Krucha ścieżka na dojściu do przełęczy Colle del Leone (fot. Przemysław Szutowski)

Krucha ścieżka na dojściu do przełęczy Colle del Leone (fot. Przemysław Szutowski)

Niedaleko schroniska Carrel po pokonaniu pierwszych lin “okrętowych” (fot. Przemysław Szutowski)

Niedaleko schroniska Carrel po pokonaniu pierwszych lin “okrętowych” (fot. Przemysław Szutowski)

Na tarasie schroniska Carrel (fot. Piotr Chrzanowski)

Na tarasie schroniska Carrel (fot. Piotr Chrzanowski)

Widok ze schroniska Carrel na ścianę Testa del Leone (fot. Piotr Chrzanowski)

Widok ze schroniska Carrel na ścianę Testa del Leone (fot. Piotr Chrzanowski)

Kładziemy się spać, przed jutrzejszym atakiem. (fot. Piotr Chrzanowski)

Kładziemy się spać, przed jutrzejszym atakiem. (fot. Piotr Chrzanowski)

Rifugio Carrel -> Matterhorn -> Rifugio Carrel

Nie zmrużyłem oka. Nie wiem czy to wysokość, czy chrapanie Piotra, ale wierciłem się do 1:30 w nocy. Wstaliśmy, zjedliśmy, w tym czasie pierwsze grupy z przewodnikami wyszły już ze schroniska i zaczęły się wspinać… Była około 3:30. Niestety widoczność była bardzo słaba, a na dodatek zaraz za schroniskiem było kilka linowych odcinków, które od razu spowodowały korek i konieczność oczekiwania na swoją kolej… niestety niektóre zespoły poruszają się wolno, bardzo wolno. Przewodnicy mijają korki często w eksponowanych miejscach bez możliwości realnej asekuracji. Dzięki temu poruszają się znacznie szybciej, natomiast nam nie w głowie porzucić asekurację, zwłaszcza że o świcie widzimy już co nas czeka, kiedy popełnimy błąd. Po obu stronach grani ściany opadają stromo w dół setkami metrów. Widoki zapierają dech w piersiach, ale też czasami paraliżują. Na Pic Tyndall jesteśmy o 8:30, idzie nam strasznie wolno. Dalej wleczemy się za dwójką młodych Słowaków lub Czechów, którzy bardzo wolno radzą sobie z asekuracją. Razem z Grześkiem mijamy ich w końcu i dalej idzie już sprawniej. Schodzimy do przełęczy pod Pic Tyndall i dalej pniemy się w górę. Niestety mijanie schodzących już ze szczytu też zajmuje czas… Widzimy już osławioną “Drabinę Jordana”, na której zrobił się korek. Szukamy wzrokiem chłopaków, Piotrek i Przemek są jakieś pół godziny za nami. Szacujemy czas i oceniamy, że damy radę zejść przed nocą i pogorszeniem pogody.
Około 12 w południe (1 sierpnia) stajemy na szczycie. Widok jest niesamowity! W oddali widzimy lekkie zachmurzenie, ale nic nie wróży tego, że za kilka godzin pogoda mocno się pogorszy. Czekamy na chłopaków. Po około 20 minutach, zaczyna mocniej wiać i robi się zimno. Stwierdzamy, że jednak zaczniemy schodzić i dosłownie minutę od szczytu spotykamy chłopaków. Zmęczeni, ale zadowoleni, że są już o krok od szczytu. My schodzimy w dół. Zejście polega głównie na zjazdach lub lotnej asekuracji. Jesteśmy już zmęczeni, więc staramy się wybierać zawsze bezpieczniejszą opcję. Trzeba bardzo uważać na kruchą skałę… podobno nazywają Matterhorn “Górą Kamieni”. Kruszyzna i strącane kamienie często są przyczyną wypadków. Zjazdy, ze względu na ekspozycję przysparzają sporo emocji. Grań także czasami pnie się w górą i trzeba sporo wspinać. Cały czas się asekurujemy podczas tego “niewygodnego spaceru po ostrzu noża”. Po 2-3 godzinach orientujemy się, że pogoda się pogarsza. Nagle chmury tworzą się obok nas, widoczność pogarsza z minuty na minutę. Robi się zimno i zaczyna mocno wiać. Szukamy wzrokiem chłopaków ale już ich nie widać. Wierzchołek skrył się w chmurach a my idziemy w dół. Po kolejnej godzinie czy dwóch, wiatr się nasilił i zaczęło sypać krupą śnieżną. Skała pokryła się lodem i zaczęliśmy marznąć. Warunki pogorszyły się znacznie bardziej niż przewidywała prognoza. Problemem zaczęło być wyszukiwanie stanowisk zjazdowych i poręczowanie zjazdów. Mimo to poruszaliśmy się wolno, ale bezpiecznie w dół. Zaczęliśmy się tylko martwić o Piotra i Przemka… Pomiędzy godziną 19 a 20 zobaczyliśmy jak śmigłowiec ratowniczy z podczepionymi ludźmi zawisa nad schroniskiem Carrel. Kilkanaście minut później kolejny raz. Cały czas myślimy z Grześkiem, że chłopaki są jakieś 30 minut za nami i też spieszą się, żeby zejść przed zmierzchem do schroniska. Dwa razy dopada nas śnieg i opóźnia nasze zejście. Finalnie około 21:30 zjeżdżamy ostatni kawałek linowy i dochodzimy do schroniska. Atak i powrót zajmuje nam 18 godzin. Zdecydowanie więcej niż planowaliśmy.
Stanęliśmy w schronisku i od razu spotkał nas zimny prysznic… dowiadujemy się, że aż 5 osób, które najpóźniej stanęły na szczycie, ratownicy zdążyli zabrać z grani zanim pogoda całkiem się załamała. Dowiadujemy się też, że dwóch polaków wezwało pomoc z grani, mówią nam to nasi koledzy ze Śląska. Szybko wyłączamy tryb samolotowy i okazuje się, że Piotr i Przemek kiblują. Wezwali pomoc po tym, jak pogoda się załamała i utknęli w okolicach przełęczy pod Pic Tyndall powyżej 4000 m n.p.m. Szybkie próby dzwonienia, smsy i niestety brak odzewu od chłopaków. Rozmawiamy z opiekunem schroniska, który ma kontakt ze służbami ratowniczymi, pocieszamy się, że chłopaki spokojnie wytrzymają, nawet jeśli będą musieli kiblować noc na grani… mamy tylko nadzieję, że nie będą próbować schodzić w takich warunkach. Zostajemy w schronisku na noc. Grzesiek obdzwania włoskie i szwajcarskie służby ratownicze. Te pierwsze nie latają na taką wysokość a Szwajcarzy nie latają w nocy. Mamy niewiele baterii w telefonach, ale zostawiamy je na nasłuchu na noc i idziemy spać.

Niedaleko Pic Tyndall (fot. Grzegorz Jurzysta)

Niedaleko Pic Tyndall (fot. Grzegorz Jurzysta)

Piotr i Przemek szykują się do zjazdu (fot. Piotr Chrzanowski)

Piotr i Przemek szykują się do zjazdu (fot. Piotr Chrzanowski)

Oczekiwanie przed odcinkiem linowym na swoją kolej (fot. Piotr Chrzanowski)

Oczekiwanie przed odcinkiem linowym na swoją kolej (fot. Piotr Chrzanowski)

Na szczycie (fot. Piotr Chrzanowski)

Na szczycie (fot. Piotr Chrzanowski)

Przy krzyżu na włoskim wierzchołku (fot. Grzegorz Jurzysta)

Przy krzyżu na włoskim wierzchołku (fot. Grzegorz Jurzysta)

Grzesiek na szczycie (fot. Grzegorz Jurzysta)

Grzesiek na szczycie (fot. Grzegorz Jurzysta)

Widok z wierzchołka na szwajcarską stronę masywu (fot. Piotr Chrzanowski)

Widok z wierzchołka na szwajcarską stronę masywu (fot. Piotr Chrzanowski)

Piotr na szczycie (fot. Przemysław Szutowski)

Piotr na szczycie (fot. Przemysław Szutowski)

Przemek na szczycie (fot. Piotr Maślanka)

Przemek na szczycie (fot. Piotr Maślanka)

Grzesiek zjeżdża ścianą o niesamowitych kolorowych warstwach (fot. Piotr Chrzanowski)

Grzesiek zjeżdża ścianą o niesamowitych kolorowych warstwach (fot. Piotr Chrzanowski)

Rifugio Carrel -> Breuil-Cervinia

O 6 rano budzi mnie Grzesiek. Próbujemy dzwonić i piszemy smsy do chłopaków. Nadal nic. Służby ratownicze też nic nie wiedzą. Na zmianę pada deszcz i krupa śnieżna, a do tego wieje koszmarnie. Skała pokryła się lodem i jest koszmarnie ślisko. Utknęliśmy w schronisku. Pogoda jest nielotna, jest mała nadzieja, że koło południa śmigłowiec będzie mógł polecieć szukać chłopaków. Czekamy. Chodzimy jak struci. Wczoraj do schroniska podeszło kilku polaków. Wszyscy martwimy się o Piotra i Przemka, z którymi nadal nie mamy kontaktu. Nadal jednak pod skórą czuję, że będzie dobrze i chłopaki trochę tylko przemarzną. Jestem pewny, że dziś śmigło ich zabierze. Mówię Grześkowi, że noc w górach nawet na 4000 m n.p.m. i przy lekkim mrozie to nic wielkiego. Opowiadam, jak zimą 2014 na Kazbeku przeleżałem noc w jamie śnieżnej na 3800 metrach, gdzie na zewnątrz było -10 stopni. Postanawiamy schodzić, jak tylko ucichnie zawierucha. Po południu ruszamy z chłopakami z Tarnowskich Gór. Parę kroków poniżej schroniska zakładamy raki. Góry pokryły się śliskim szkłem i w dół bezpiecznie poruszać można się tylko zjeżdżając na linach. Dzwoni do mnie Michał, kolega Przemka, który jest łącznikiem z ratownikami. Nadal nic nie wiadomo, poza tym, że on i kolega Piotra postawili na nogi wszystkie możliwe służby. Zjeżdżamy szybko łapiąc kolejną zawieruchę i szybko docieramy do przełęczy Lwa. Pokonujemy ją, potem eksponowany trawers i stromy ośnieżony żleb. Prawie nie rozmawiamy. Każdy z nas myśli tylko o kolegach, którzy tkwią gdzieś tam blisko wierzchołka ukrytego w chmurach. Zaczynamy myśleć o tym, co będzie jeśli chłopaki zostaną tam na kolejną noc?
Grzesiek odbiera telefon od mamy Przemka i obaj wymiękamy. Dopiero teraz doszło do nas, że ta cała przygoda może zakończyć się źle. Dopiero teraz uświadamiam sobie, że poza chwilą na szczycie, po zejściu z niego ani sekundy nie cieszyłem się z jego zdobycia. Schodzimy do miasteczka wieczorem. Ogarniamy się przy samochodzie. Grzesiek obdzwania wszystkich, ale żadnych dobrych wieści nie ma. Znajdujemy nocleg. Idziemy jeść. Wracamy do pokoju i Grzesiek próbuje znaleźć przewodników, którzy pójdą wesprzeć chłopaków. Znajduje się jeden, ale sam nie zamierza iść. Nie znajdujemy drugiego przewodnika, każdy mówi, że w tych warunkach jest za duże ryzyko. Siedzimy w pokoju załamani, ogarniamy sprzęt.
Nagle przychodzi sms od Przemka! Żyją i skontaktowali się z ratownikami. Są gotowi przetrzymać następną noc, bo kolejnego dnia ma już być dobra pogoda. Robi się telefoniczny kocioł, ale jego motorem napędowym jest dobra wiadomość! Grzesiek non stop wisi na telefonie. Śmigłowiec szwajcarski spróbuje wieczorem podczas chwilowych przejaśnień ich zabrać. Będą próbować nawet w nocy, jeżeli warunki pozwolą na lot w rejon szczytu. Przed snem czytamy jeszcze newsy na TVN24, Fakcie itd. “Matterhorn. Dramat Polaków pod szczytem.” W końcu jakoś przed północą idziemy spać.

Wszystko dobre co się dobrze kończy.

Około 6 rano z minutami, wyrywa nas ze snu telefon. Chłopaki są na pokładzie śmigłowca i już nic im nie grozi! “Zwiozą” ich do Zermatt w Szwajcarii. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek tak ciężki kamień spadł mi z serca. Pakujemy graty, olewamy śniadanie i wskakujemy do samochodu. W prostej linii to dystans około 20km. Samochodem z Cervinii do Zermatt jest ponad 200km. Dopiero teraz zaczynamy żartować sobie z artykułów w mediach, które wydają nam się przesadzone.
Po kilku godzinach jesteśmy w Zermatt. Chłopaki nie wymagają hospitalizacji. Są tylko potwornie zmęczeni. Zgarniamy ich, opowiadamy sobie szybko co się działo i co przeżywaliśmy przez te 36 godzin, kiedy chłopcy utknęli na ponad 4000 m n.p.m gdzieś na półce skalnej Matterhornu. Ruszamy w stronę Polski…

Z tą “Górą Kamieni” nie ma żartów. Żeby na nią bezpiecznie wejść i z niej zejść, trzeba się do tego dobrze przygotować, być cierpliwym, mieć niezłą kondycję, być oswojonym z dużą ekspozycją i przede wszystkim kierować się zasadą Don’t Panic! ;-)

Piotr, Przemek, Piotr i Grzesiek w Zermatt (fot. Piotr Chrzanowski)

Piotr, Przemek, Piotr i Grzesiek w Zermatt (fot. Piotr Chrzanowski)

 

W wyprawie na Matterhorn udział wzięli:
Grzegorz Jurzysta (SW)
Piotr Chrzanowski (SW)
Piotr Maślanka
Przemysław Szutowski

 

 


 

 

Przeczytano 330 razy

Podziel się

share on facebook share on linkedin share on twitter

Współpracujemy z:

 

 

Jesteśmy członkiem PZA 
Współpracujemy z e-przemek.pl
 

 

Skontaktuj się z nami

Masz pomysł na ciekawą wyprawę, projekt?

Chciałbyś poznać wyjątkowych i wyjątkowo dzielnych ludzi?

Chciałbyś spróbować swoich sił w poruszaniu się po górach i jaskiniach?

skontaktuj się